sobota, 28 grudnia 2013

{3}

Uwaga kochani rozdział ten chciałabym zadedykować wspaniałej dziewczynie jaką jest Paulina nazywana przeze mnie Misią ;* Kocham cię Skrzacie ;* I dzięki tobie, Marzenie, Gabrysi i moim bliskim takim jak moja siostra Kasia i reszta szalonej Familii mam jeszcze siłę dalej pisać. Więc to wszystko dla was kochani ;* oraz dla was drodzy czytelnicy <3

Nieświadomie przycisnęłam dłoń do ust. Te kocie zielone oczy......Oczy ze wspomnień. Mrużąc oczy, próbowałam przypomnieć sobie skąd ja je znam. Przecież to niemożliwe......Prawda to nie jest jakaś powieść romantyczna?!.
- Przepraszam - słysząc skruszony głos spojrzałam na chłopaka, ale zamiast pięknych, rozpalonych pożądaniem zielonych paciorków zobaczyłam dwie żółte plamki - Nie mam pojęcia co w kuzyna wstąpiło.
- Nic się nie stało - wyszeptałam, przez ściśnięte gardło. Zaraz jednak się opanowałam i po odkaszlnięciu powtórzyłam do głośniej - To drobiazg - obracając to w żart wybuchnęłam śmiechem.
- Ale na pewno? 
- Na pewno i niech pan już się tym tak nie zamartwia - posyłając mu uśmiech złapałam za zeszyt - A teraz wybaczcie, ale muszę się podszkolić na jutrzejszy sprawdzian, który zdecyduje o mojej dalszej edukacji - salutując chłopakowi, niby niechcący popchnęłam w jego stronę niczego nieświadomą Shirę - I życzę udanej randki - dodałam pod nosem uśmiechając się diabolicznie.


-Villemo zaczekaj - łapiąc 15- letnią dziewczynę za rękę powoli przyciągnął jej ciało do siebie - Zrozum to nie ode mnie zależy. - mówiąc to sam słyszał jak jego głos drży od wstrzymywanych łez.
- Ale to my sami decydujemy o naszym losie - Dziewczyna nie próbowała hamować spływających po policzkach łez - Ale ty jesteś za bardzo rycerski, za bardzo taki...taki - nie umiejąc się wysłowić uderzyła go z pięści w tors - Sam wiesz jaki jesteś.
- Kochana zrozum - szepnął tuląc ją do siebie - Gdyby nie to, że jesteśmy kuzynami i gdyby nie....
- W piątym pokoleniu - przerwała mu dziewczyna tupiąc nogą - Słyszysz w PIĄTYM POKOLENIU na Miłość Boską.
- I gdyby nie to, że obydwoje zostaliśmy obdarowani - dodał niczym niewzruszony.
- Czyli jednak - wymamrotała załamana - Wolałbyś gdybym wtedy zginęła nad tą wodą, wtedy nie miałbyś na karku swojej przeklętej kuzyneczki, która cię kocha i która ma piekielne wizje przyszłości i czuje więcej niż inni.
- Vill to nie tak - zaczął się tłumaczyć, ale dziewczyna go nie słuchała. Stanąwszy na palcach po raz pierwszy musnęła jego usta swoimi po czym ja letni wietrzyk uciekła w bliżej nieokreślone tereny pokryte zieloną trawą - VILLEMO - krzyknął jeszcze za dziewczyną, która niestety już go nie słyszała - Ja też cię kocham - dodając to padł na kolana prosto w zieloną otchłań trawy....

Budząc się ze snu czułam się jakby ta scena wydarzyła się na nowo, a w głównej roli obsadzono mnie. Przecież to byłam ja......Uświadamiając sobie prawdę zerwałam się z łóżka i podbiegłam do lustra. Stając przed nim ujrzałam dokładnie to samo co we śnie. Gęste ciemnobrązowe włosy, które zależnie od kaprysu raz się kręciły, a raz były zupełnie proste. Te duże fioletowo-różowe oczy. To byłam ja....Ale ten chłopak.....Przecież to był amant z kawiarni...
- Dominik - szepcząc nieświadomie dotknęłam swoich ust - Kochanie tęsknie.
Uświadamiając sobie prawdę padłam na kolana i po raz pierwszy w życiu zaczęłam szlochać.

Oczami Dominika
Budząc się ze snu, siadłem na łóżku i zacząłem rozglądać się dookoła. Widząc obraz odwrócony do mnie tyłem, powoli wstałem z łóżka. Nie przejmując się chłodem przejmującym moje nagie członki jak w transie odwróciłem obraz i utonąłem w tych niewinnych oczach, których właścicielką jest dziewczyna przedstawiona na tym portrecie.
- Villemo - szepnąłem nieświadomie - Tęsknie za tobą - czując łzę spływającą po policzku opadłem na kolana i zacząłem łkać.

*****
- Przepraszam - wyszeptawszy te jedno słowo zaczęła szlochać nad losem tej dwójki - Ale musiałam. MUSIAŁAM !!! - krzycząc ostatnie słowo opadła na kolana i schowała twarz w dłoniach. Nawet nie drgnęła kiedy jej cela powoli się zaczęła otwierać, a jej kat wszedł do środka z uśmiechem drapieżcy.
- Nie uratujesz już ich - szepcząc jej do ucha te słowa musnął jej delikatnie w policzek - Moi synowie ich zniszczą - wychodząc wybuchnął śmiechem, który rozdarł do końca duszę więźniarki. Z zawziętością jednak podniosła załzawione oczy i patrząc na kraty szepnęła w ich stronę.
- Mylisz się Milordzie....Czystej miłości nic nie przezwycięży nawet takie bezduszne istoty jak ty i twoi potomkowie. Ja się poddałam, ale oni nadal walczą - zaciskając mocno pięści posłała swoją energię w stronę nieświadomej dziewczyny zalanej łzami.
- Walcz za nas dwie siostrzyczko - wysapała po czym z przemęczenia opadła na podłogę i zwinąwszy się w kłębek zasnęła.


piątek, 27 grudnia 2013

{2}

Spoglądając na swoje odbicie w lustrze cicho zachichotałam. Nucąc pod nosem "coraz bliżej święta", zaczęłam chować zeszyt z notatkami z uczelni do torby. Zastanawiając się czy już wszystko mam, chwyciłam torbę w garść i zakładając kurtkę powiesiłam ją na ramię.
- No to sio - powiedziałam radośnie i zamykając drzwi na klucz ruszyłam w stronę pracy.

Wchodząc do budynku już w progu poczułam zapach kawy i świeżych ciasteczek. Z uśmiechem na twarzy skierowałam się w stronę lady. Witając się z Shirą poszłam na zaplecze, gdzie rozebrałam się i założyłam na ubrania czarny fartuszek z białym napisem Will. Widząc to, wywróciłam oczami. Biorąc ze sobą zeszyt z notatkami skierowałam się ponownie na salę, gdzie przy stolikach siedziało już parę osób.
- Duży ruch? - zapytałam niebieskookiej dziewczyny, która w skupieniu rozwiązywała krzyżówkę.
- W miarę - odparła trąc czoło.
- Już ci nie przeszkadzam - zaśmiałam się i dyskretnie pokazałam jej, że ma na brodzie ślad po długopisie.
- Dzięki - mruknęłam zawstydzona i zaczęła go ścierać.
- Nie ma sprawy - nadal uśmiechnięta stanęłam przy ladzie i opierając się o nią otworzyłam zeszyt i zaczęłam się uczyć.
- Dwie kawy poproszę - słysząc jakiś głos nad uchem wzdrygnęłam się i obudziłam z amoku jaki wywołała lektura o wojnach Angielskich.
- Przepraszam mógłby pan powtórzyć? - podniosłam głowę i posłałam uśmiech chłopakowi o dziwnie złotych oczach.
- Dwie kawy - powtórzył uśmiechając się lekko - I może 2 szarlotki do tego - dodał po chwili i zagapił się na Shirę, która nadal walczyła z krzyżówką.
- A podać do tego numer koleżanki? - zapytałam ze śmiechem.
- Tak poproszę - wyszeptał zamroczony.
- Dobrze - powiedziałam dusząc się ze śmiechu - Zaraz dostarczę panu zamówienie do stolika - patrząc jak mężczyzna dosiada się do czarnowłosego chłopaka, który siedział do mnie tyłem, wybuchnęłam śmiechem.
- Co ci jest? - zapytała dziewczyna nie podnosząc głowy znad kawałka papieru.
- Nie nic - powiedziałam próbując powstrzymać falę głupawki - Ale mogłabyś za mnie zanieść zamówienie do tamtego stolika?
- Czemu?
- Ponieważ coś mi w nadgarstku strzeliło - skłamałam na poczekaniu.
- A to jasne - powiedziała szybko i spojrzała we wskazanym kierunku - Do tych dwóch chłopaków?
- Tak właśnie tam - powiedziałam z miną niewiniątka i podałam jej tacę z zamówieniem. Nadal nieświadoma niczego niebieskooka skierowała się w stronę swojego amanta. Nie umiejąc już powstrzymać wybuchu śmiechu, zaczęłam cicho chichotać. Widząc zbliżającą się do mnie dziewczynę szybko złapałam za zeszyt i udawałam, że czytam bazgroły które były tam zamieszczone.
- Villemo - słysząc jej gniewny głos podniosłam lekko głowę do góry - Ja cię chyba kiedyś zabiję - powiedziała tylko i uśmiechnęła się zamroczona - On jest taki przystojny.
- O co chodzi? - zapytałam próbując zagrać niewiniątko.
- Oj już ty wiesz dobrze o co mi chodzi. Ale wybaczam ci, ponieważ zaprosił mnie na spacer po pracy - powiedziała tylko i powróciła do krzyżówki.
- Szczęścia życzę - powiedziałam i zaczęłam się szczerzyć jak głupi do sera. Czując jednak jakiś wzrok na sobie, zaczęłam rozglądać się dookoła. Widząc zakapturzoną postać przy najbardziej oddalonym stoliku uśmiechnęłam. Ta ciemna i tajemnicza postać, przypominała mi kogoś, ale nie wiedziałam kogo. Wiedziałam tylko tyle, że bardzo za nią tęskniłam i ją kochałam. Patrząc na nią, nawet nie zauważyłam jak rozpłynęła się powoli zostawiając w kawiarence delikatny zapach konwalii. Wdychając ten delikatny aromat, czułam jak moje ciało się powoli odpręża i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, poczułam się jak w domu. Jak we własnych snach.......
OCZAMI DOMINIKA
Czując delikatny zapach konwalii zacząłem rozglądać się dookoła. Nagle zauważyłem ją. Dziewczynę z moich snów. Była taka jak w marzeniach. Czując jakieś dziwne magiczne przyciąganie powoli ruszyłem w jej stronę.
- Domi gdzie idziesz? - słysząc jak przez mgłę głos Marca ruszyłem dalej, w stronę swojej bogini o cudnych różowo-fioletowych oczach - Dominik - jak za sprawą magicznej różdżki otrząsnąłem się z amoku i spojrzałem prosto w te cudne oczęta.
- W czym mogę pomóc? - słysząc jej delikatny, melodyjny głos, poczułem jak moje ciało drgnęło z tęsknotą.
- Ja... - nie umiejąc wydobyć z siebie głosu, tylko lekko się pochyliłem i musnąłem swoimi ustami jej różane wargi - Ja tylko chciałem poczuć się jak w domu - wyszeptałem - I dzięki tobie znów to było możliwe - kończąc zdanie wyszedłem z lokalu, zostawiając ją zszokowaną, przyciskającą do swoich pełnych i miękkich ust swoją dłoń.
Kocham cię Villemo.....Słysząc głęboko w sobie ten głos, uświadomiłem sobie, że to nie urojenia w głowie. To byłem ja. I to swój głos od zawsze słyszałem i to siebie widziałem w snach wraz z tą pięknością. To byłem ja........
******
- W końcu - mówiąc to podekscytowana pochyliła się nad szklaną kulą, by przyjrzeć się dwóm sercom, które z wielką tęsknotą ciągną do siebie. Zatrzymując wzrok na dziewczynie westchnęła z bólem. - Przepraszam siostrzyczko, że to takie raptowne, ale czas nagli - głaszcząc odbicie brązowowłosej dziewczyny, zatonęła we wspomnieniach. W tamte dni, kiedy po raz pierwszy musiała podjąć walkę ze złem. To przez nią wszystko się zaczęło. Przez nią i jej zły wybór. Wzdychając ze smutkiem zmazała obraz z kuli i skuliła się na zimnej posadce królewskiego lochu, w którym tkwiła od swojego wyboru.

wtorek, 3 grudnia 2013

{1} Czas zacząć życie na nowo.

- Mamo nie jestem już dzieckiem - powiedziałam jak najspokojniej umiałam do słuchawki telefonu.
- Może dzieckiem już nie jesteś, ale nadal się tak zachowujesz - powiedziała mama, na co ja tylko wywróciłam oczami.
- Mamo nooo - załamana jęknęła do telefonu, po czym opadłam na fotel - Dlaczego mi nie ufasz?
- Ufam ci skarbie - powiedziała czule kobieta - Ale także się martwię.
- Niby czym, to tylko pierwszy dzień w pracy.
- Po pierwsze dlatego, że to pierwszy dzień, a po drugie, że twoje zdolności wyjdą na jaw.
- Mamo nie martw się nie zdradzę nas - powiedziałam uspokajająco - Przecież nie będę latać po kawiarni i się chwalić, że mam wyjątkowe talenty, nie mam 5 lat.
- Villemo ja się po prostu o ciebie boję.
- To się nie bój - prawie krzyknęłam do słuchawki.
- Kocham cię córeczko - szepnęła w końcu mama dając za wygraną - I życzę ci powodzenia.
- Ja ciebie też kocham - szepnęłam i zamknęłam oczy - I proszę nie martw się wszystko będzie dobrze.
- Mam nadzieję - szepnęła tylko kobieta po czym się rozłączyła.
- Pa mamo - powiedziałam do telefonu i rzucając go na łóżko, schowałam głowę w dłoniach - Ty to umiesz pocieszać człowieka - podnosząc się z łóżka wypuściłam głośno powietrze z płuc i zaczęłam zbierać rzeczy do torebki.

Wchodząc do swojej nowej pracy uśmiechnęłam się szeroko. Już mi się tu podoba. Dużo osób, gwar rozmów przy kawie i zapychające się ciastkami dzieciaki. Zadowolona z perspektywy pracy tutaj weszłam do lokalu i zaczęłam rozglądać się dookoła. Nie widząc nigdzie mojego nowego szefa, którego spotkałam 3 dni temu ruszyłam w stronę lady.
- Co podać? - zapytała jakaś dziewczyna powstrzymując ziewanie.
- Właściwie to nic, od dzisiaj tu pracuje - powiedziałam próbując powstrzymać podekscytowanie.
- Will? - powiedziała z uśmiechem - szef o tobie mówił.
- Nie Will (Łill) tylko Villemo - powiedziałam wywracając oczami - Albo Vill (Will).
- Miło mi Shira i zapraszam za ladę - z szerokim uśmiechem podniosła ladę do góry tym samym umożliwiając mi wejście - Witamy w "Fairy Tail".

- I jak pierwszy dzień pracy? - zapytała Shira podchodząc do mnie, kiedy odwiązywałam fartuszek.
- Praca jak praca - powiedziałam udając obojętność - A tak na serio to miłe doświadczenie - powiedziałam z lekkim chichotem.
- Optymistka? - zapytała pokazując na moją osobę.
- Raczej pozytywnie postrzelona umysłowo - zaśmiałam się, a dziewczyna zawtórowała mi - To do jutra - pożegnawszy się z nią ruszyłam drogą powrotną do mojego mieszkania.
~*~
- DOMINIK!! DOMINIK!! DOMIIIIINNIIIIK.
- Przestaniesz się w końcu drzeć Marco - powiedziałem ze śmiechem do mojego kuzyna - Jesteśmy w pracy, a nie na dyskotece.
- Ty nazywasz to pracą? - zapytał pokazując na puste kartki papieru i połamane ołówki - Bo ja nazywam to totalną rozpierduchą.
- No może to nie jest praca idealna - powiedziałem zawstydzony - Ale zawsze coś się zarobi, żeby nie być uzależnionym od rodziców.
- Dlatego wolisz rysować portrety napalonych fanek twojego wyglądu i starych pasztetów z mopsami.
- Mar nie zaczynaj.
- Co nie zaczynaj, co nie zaczynaj - zbulwersowany chłopak podszedł do mnie i spojrzał mi prosto w oczy - Stać cię na coś lepszego.
- Na przykład na co?
- Jesteś świetnym fotografem, zostań nim, masz wygląd modela, pozuj, chodź na wybiegu jako model, pozuj. Ale nie marnuj się jako uliczny artysta.
- To nie jest takie proste - mruknąłem po czym zacząłem sprzątać swoje rzeczy - A teraz chodź do domu czas na nas - zarzucając torbę na ramię ruszyłem przed siebie.
- Oj no Dom proszę nie złość się na mnie chcę dla ciebie jak najlepiej - czułem jak Młody przytula się do moich pleców.
- Wiem, wiem - powiedziałem kręcąc głową.
~*~
- To za długo trwa - kobieta z kapturem na głowie, po raz kolejny spojrzała w szklaną kulę leżącą przed nią - Musicie w końcu się spotkać - szepnęła i przymknęła na moment oczy. Widząc mrok zbliżający się do spokojnego Dublina wzdrygnęła się - Wróg jest coraz bliżej, a tylko wasza 4 może go pokonać, a poza tym wasze dusze tęsknią za sobą - uśmiechając się na wspomnienie znajomych dusz wytarła łzy, które nieświadomie spłynęły po jej policzkach - Moja rodzina - szepnęła tylko, po czym pogłaskała twarz dziewczyny w kryształowej kuli - Kiedyś się jeszcze spotkamy - powiedziawszy to zniknęła w rozbłysku światła.


niedziela, 1 grudnia 2013

Początek historii

1991 r.
- Kochanie nie możesz tego zrobić - krzyknął na mnie mój ukochany łapiąc mnie za rękę.
- Już czas - całując go po raz ostatni w usta, puściłam jego ciepłą dłoń, po czym weszłam w ciało noworodka, które właśnie się rodziło.
- VILLEMO!!! - krzyknął zrozpaczony mężczyzna po czym upadając na kolana zalał się łzami - Kochanie wróć do mnie.
- Kocham cię Dominik - moje ostatnie słowa uniosły się echem, po czym zostałam odcięta od tamtego świata.

- Gratuluje zdrowej dziewczynki - pielęgniarka podała matce dziecko, nieświadoma nawet tego, że tuż obok niej stoi duch chłopaka, patrzący wprost na niemowlę. Z wypisanym bólem, ale także i miłością spojrzał na dziecko, które jakby go wyczuwając otworzyło szeroko swoje fioletowe oczy i się uśmiechnęło.
- Znajdę cię Villemo - szepnął chłopak i pocałował niemowlę w czoło - Kocham cię - szepnął, a samotna łza spłynęła na policzek dziecka. Czując kolejną falę łez zniknął z sali porodowej, aby znaleźć odpowiednie ciało do reinkarnacji dla siebie.

Mroczni rycerze

PS> Daje 2 rodzaje zdjęć, ponieważ dla mnie i jedno i drugie odzwierciedla te postacie ;)
VILLEMO PALADIN (ur. 31.10.1656-1730 r./przybyła na świat ponownie w 1991r.) 
Cechy: romantyczna, opiekuńcza, wesoła, szalona, pomysłowa, z poczuciem humoru, odważna
DOMINIK LIND (ur. 01.11.1652-1730 r./ przybył na świat ponownie w 1991 r.)
Cechy: wrażliwy, spokojny, odważny, pomysłowy, czuły, opiekuńczy.
MARCO LIND (06.11.1652-1730 r. / przybył na świat ponownie w 1991 r.)
Cechy: bardzo inteligentny, dobry, sympatyczny, odważny, spokojny, pomocny, opiekuńczy, uzdolniony.
SHIRA GRIP (07.12.1655-1730 r. /przybyła na świat ponownie w 1991 r.)
Cechy: poważna, wrażliwa, uprzejma, odważna, rozważna.
SAGA DESTINY (ur. 01.01.............) KAPŁANKA ŻYCIA I ŚMIERCI. LOS I PRZEZNACZENIE.
Cechy: inteligentna, dociekliwa, nielękliwa, subtelne poczucie humoru,
dobra, zdolna, spokojna, opiekuńcza.